Do polskiego rocka mam stosunek… najwyżej ambiwalentny. Osobiście wolę spędzać długie godziny, słuchając szeroko pojętej „czarnej muzy”, od czasu do czasu włączając także ostrzejsze i brutalniejsze metalowe granie. Rzadko kiedy w mym odtwarzaczu gości płyta z gatunku „alternatywny rock”, jeszcze rzadziej – płyta z tegoż gatunku nagrana przez polski band.
Nie oznacza to jednak, że z marszu skreślam całą polską rockową scenę. Jest jeden zespół, który zdołał wpierw mnie zaciekawić, następnie zdobyć moje uznanie, wreszcie – podbić moje serce całkowicie. Zespół ów to Lao Che, którego jestem wiernym fanem od czasów sławetnego „Powstania Warszawskiego”. Uwielbiam płocką ekipę za niesamowitą wyobraźnię, niestronienie od eksperymentów oraz za inteligentną warstwę tekstową. Do tej pory jedynie raz podziwiałem Lao Che na żywo, podczas Juwenaliów krakowskich kilka lat temu – w tę sobotę jednak po raz drugi miałem okazję zobaczyć ich live.