środa, 24 kwietnia 2013

L.U.C & Motion Trio - "Nic się nie stało" - recenzja


 Parę dni temu z nowym albumem powróciła najbardziej chyba zwariowana osobistość na polskiej scenie muzycznej – L.U.C. Król abstrakcji, persona, o istnieniu której wielu fanów hip-hopu w Polsce woli wygodnie sobie zapominać, artysta pełną gębą, naczelny eksperymentator -  zdecydował się wydać nową produkcję, następczynię świetnego, wykręconego (i – nie zapominajmy – na wskroś wrocławskiego) concept albumu „Kosmostumostów”. Luk nie byłby sobą, gdyby nie podjął jakiegoś muzycznego wyzwania – i postanowił tym razem nagrać album, łączący hip-hopową produkcję z… akordeonami. I to akordeonami nie byle kogo, bo tercetu Motion Trio – znanego na całym świecie zespołu, mającego na swym koncie współpracę z takimi sławami jak Tomasz Stańko, Leszek Możdżer czy Bobby McFerrin. 



Pomysł sam w sobie… nie wydaje się szczególnie jak na L.U.Ca ciekawy. Łukasz nieraz wkomponowywał, z różnym rezultatami, dziwne instrumenty w swoje produkcje (nawet nagrał całą płytę, bazując na dźwiękach ze swych strun głosowych – pamiętacie? Jeśli nie, to dobrze, bo to twór, o którym należy zapomnieć jak najszybciej). Do tego najbardziej wkurzający, i – o ironio – najbardziej popularny hip-hopowy singiel ostatniego roku - BEZNADZIEJNE „Nie lubimy robić” (Moja opinia, i nie zamierzam jej zmieniać – szczerze nienawidzę tego utworu) Donatana pokazał, że można akordeon bez problemu wpleść w hip-hopowy bit. Jak na L.U.Ca, który stworzył tak epicko odjechane materiały jak „Planet LUC” czy „Kosmostumostów” – to wyzwanie brzmi słabo. 

Ale dość już plecenia trzy po trzy, premiera była, płytka przesłuchana – jak wrażenia?

Jeśli chodzi o produkcję, jestem całkiem zaskoczony. Obawiałem się, że udział akordeonów może zostać wykorzystany jako tani gimmick, „żeby było coś innego” – że ich obecność w bitach niewiele zmieni, że będą jedynie ozdobą dla produkcji Luca. Tak nie jest – czuć, że jest to album zarówno Luka, jak i tercetu MT. Harmonie grają tu równie ważną rolę, jak i rap.  

Nigdy nie byłem fanem brzmienia harmonii. Nazwijcie mnie laikiem, ale wydobywający się z niej dźwięk zawsze kojarzył mi się z kiepskim, biesiadnym rzępoleniem… I niniejszym dziękuję panom z Motion Trio, że udowodnili mi wszechstronność tego instrumentu. Na „Nic się nie stało” dźwięki akordeonu fantastycznie dopełniają przeróżne aranżacje, jakie wymyślił Luc – od zimnych, elektronicznych brzmień, takich jak „Ijoijo” (które brzmi niemal jak dubstep) czy „Epopeja codzienności”, poprzez głębokie, sakralne wręcz tony („Nic się nie stało”), jazz (fenomenalnie bujający początek „Jadę dalej”, ze słowami pozdrowień od… Milesa Davisa. Nie żartuję), aż po typowy, przaśny, „biesiadny” kawałek („Józek O”… czyli tzw. „WTF moment” całego albumu). Harmonia bardzo rzadko przyćmiewana jest przez bit, obecność jej jest stale podkreślana.  Efekty bywają znakomite – szczególnie w powolnym, hipnotycznym wstępie płyty („Krzta harmonii”) czy w żywym, skocznym „Jadę dalej”. Rewelacyjne jest też „8 Przebudzenie” – całkowicie zdominowana przez akordeon rzewna pieśń  ze wspaniałym refrenem…

Oceniając jednak produkcję jako całość – wypada ona OK, ale nie więcej. W porównaniu z jazzowymi eksperymentami „Planety LUC” czy trip-hopowych wycieczek w kosmos na Halue…. Hacelu…. Halogeno… no, na pierwszym albumie L.U.C.a, „Nic się nie stało” wypada biednie, mało różnorodnie, pomimo obfitości stylistyk i pomysłów. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że decyzja złączenia akordeonów z bitami to niejako miecz obosieczny – harmonie brzmią fajnie, pasują do założonego konceptu (o którym za chwilę), jednak ów koncept nałożył na L.U.Ca spore ograniczenie („We wszystkim musi brzmieć akordeon”!!!). Brak tu tego rozmachu, który cechował poprzednie płyty Luca.

„Nic się nie stało” to według materiałów prasowych „opowieść o harmonii i jej poszukiwaniu – zarówno w aspekcie muzycznym, jak i filozoficzno-życiowym”. Wydaje się spoko, w praktyce… Luc zapodał nam, pod względem lirycznym, najbardziej gorzki i ironiczny album w swej karierze. To godzina wykrzywionych do granic możliwości, abstrakcyjnych metafor i porównań, a jednocześnie inteligentnych i przezabawnych nawiązań do współczesnej kultury. To też godzina przekopywania się przez liczne środki stylistyczne i odnajdywania sensu w każdej linijce…. Jak każdy album Luca, to nie jest rzecz na jedno przesłuchanie – żeby dokładnie objąć rozumem koncept, potrzeba sporo czasu, skupienia… i przeogromnej wyobraźni.

 I wiecie co? Daję za to ogromny plus. Nie każdy utwór musi być łatwy, lekki i przejrzysty, a wycieczki w krainę absurdu fundowane przez Luka autentycznie ciekawią i bawią. Z oparów lirycznego szaleństwa wyłaniają się celne obserwacje codziennego życia – koronnym tego przykładem jest nomen omen epicka „Epopeja codzienności”, który to utwór jest tak naprawdę chyba najbardziej szczerym (a przy okazji najdłuższym) utworem w dorobku L.U.C. „Nic się nie stało” to rzeczywiście opowieść o smutnej, niezrozumiałej rzeczywistości, o szaleńczym pędzie codziennego życia, i o pragnieniu odnalezienia oazy spokoju oraz pogoni za pasją (choć na dobrą sprawę, każdy może zinterpretować każdą linijkę inaczej). Do tego nawiniętą z – jak zawsze w przypadku Luca – niemożliwymi do podrobienia skillsami, wyczuciem rytmu, i umiejętnością odnalezienia się w różnych tempach i stylistykach („Jadę dalej”, „8 Przebudzenie”). Nawet charakterystyczny głos Luca drażni trochę mniej niż zazwyczaj.

Nie można nie wspomnieć o gościnnych występach – Luk zawsze potrafił namówić do współpracy zaskakujących gości. Nie inaczej jest tym razem – nie licząc oczywiście panów z Motion Trio, najlepsze występy zaliczyli: Ania Rusowicz z fenomenalnym, delikatnym refrenem w „8 Przebudzeniu” oraz Czesław Mozil Śpiewający znakomicie i „z jajem” w „Przedmiocie Lirycznym” (Dam Ci gofra jak Kołobrzeg – umarłem przy tym wersie). Interesujący storytelling w tym samym utworze dał Abradab. Zupełnie niepotrzebni natomiast zdają się Ńemy, Buka (zwrotka OK, ale nie jestem fanem jego głosu) i Vienio (który w „Przedmiocie Lirycznym” ma tylko 3, słownie TRZY linijki – dlaczego?)

Czas na podsumowanie – „Nic się nie stało” nie jest najmocniejszą pozycją w dyskografii L.U.C. (pokusiłbym się o stwierdzenie, że jest jedną ze słabszych – może Luc za mało czasu spędził w Witu?), brak jej potęgi i szaleństwa „Planety” czy „Kosmostumostów”. Niemniej posłuchać warto – eksperyment z akordeonem jest naprawdę udany (nawet jeśli nie na 100%), a i warstwa tekstowa niebanalna. 6 na 10.






Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza