sobota, 1 grudnia 2012

Kendrick Lamar - "good kid, m.A.A.d city" - recenzja

Kim jest Kendrick Lamar? Na pierwszy rzut oka to niepozornie wyglądający, niski 25-latek z  okrytego niesławą Compton. Od 2003 roku, gdy nagrał swój pierwszy mixtape, przebył długą drogę, konsekwentnie szlifując swój styl i technikę. W 2011 roku za pośrednictwem iTunes wypuścił swój pierwszy solowy album, „Section.80”, prezentując światu niebanalne umiejętności i niesamowity talent do tworzenia tekstów. I zaczęło się. Nagle młody K.Dot stał się jednym z najgorętszych newcomerów, zaliczył współpracę z takimi tuzami jak Tech N9ne, Game, Lil Wayne czy sam Dr. Dre. Właśnie ten ostatni był pod takim wrażeniem talentu młodego Kendricka, że postanowił przyjąć go pod swoje skrzydła i pomóc wydać pełnoprawny tym razem, mainstreamowy debiut. Dre najwyraźniej pokłada tak wielką wiarę w młodym zawodniku, że wraz z Game’em i Snoopem na koncercie oficjalnie ogłosił go „nowym królem West Coastu”.


Po długim oczekiwaniu, Kendrick dał nam w końcu sposobność sprawdzić , czy ów tytuł jest zasłużony. „Good Kid, M.A.A.d City” trafiło na sklepowe półki. Jak się więc prezentuje?

Wszystko, co mogę napisać o „Good Kid, M.A.A.d City” to…. wow. Po prostu wow. Nie pamiętam, bym w tym roku słyszał jakikolwiek inny hip-hopowy materiał tak dopracowany i przemyślany. Tak bujający, a jednocześnie tak refleksyjny. Tak mainstreamowy, a jednak tak inteligentny. Powiem wprost – „GKMC” wart jest wszystkich pochwał, jakie do tej pory otrzymał, jak również 91% uznania na Metacriticu. Nie wierzycie? Zapraszam do recenzji.

Zadajmy sobie pytanie: jakie mamy wyobrażenie wysoko profilowego, mainstreamowego nagrania z West Coastu? Jeśli odpowiedź brzmi: „płyta pełna dobrego rapu na soczystych, funkowych bangerach, niosących ze sobą ładunek tego trudnego do zdefiniowania pierwiastku kalifornijskiego klimatu” – to od razu zaznaczę, że „GKMC” to nie taka płyta. Owszem, ów klimat jest zachowany (o tym za chwilę), jednak jeśli chodzi o treść, Kendrick postanowił sprzeciwić się trendom i zaserwować słuchaczom album konceptualny. Wszystkie tracki oraz pokaźna liczba skitów składają się na jedną, opowiedzianą z imponującym rozmachem historię. Jaką? Poświęćcie chwilę na przeczytanie poniższego tekstu:

Pożegnałem mamę i  wyszedłem z bloku wprost w oślepiające światło słońca. Poranek w Kalifornii. Temperatura jest jeszcze do wytrzymania, dopiero później słońce zacznie niemiłosiernie przypiekać. Poświęciłem chwilkę, by rozejrzeć się po okolicy. Odrapane, pokryte z jednej strony pęknięciami, a z drugiej strony niewybrednym graffiti bloki. O, widzę że Jones, miejscowy żul, znowu napił się za dużo i teraz śpi we własnych rzygowinach. Z dala od niego niesamowicie aktywne dzieciaki w brudnych koszulkach kopią zawzięcie kupę łat, którą nazywają piłką. Z bloku obok słychać trzask pękającej butelki i ochrypłe krzyki jakiegoś pijanego mężczyzny. Zaraz potem – szloch kobiety. Widocznie starego Eda znowu wywalili z pracy i pocieszenia szukał w butelce. Zupełnie jak mój stary, pomyślałem. I pan Young, nasz sąsiad. I połowa znanych mi dorosłych na tym osiedlu. A druga połowa znaleźć pracy w ogóle nie może… 

Zmierzam powoli do szkoły, sprawdzając na wszelki wypadek, czy nóż jest na swoim miejscu, w kieszeni. W razie czego mogę błyskawicznie go wyciągnąć i rozłożyć. Cichutko modlę się, żebym nie miał dziś okazji tego robić. Oczami lustruję każdy element ulic, uważając na każde mignięcie czerwieni lub błękitu. Wczesna pora nie jest żadną przeszkodą dla Bloodsów albo Cripsów…

Stali tuż przed szkołą. Czerwone bandany, w rękach jointy i tanie browary. Śmiali się i przeklinali, słuchając „Nuthin’ but a G Thang” ze starego boomboxa. Zauważyli mnie od razu, nie było sensu uciekać. Stałem jak zamurowany, podczas gdy oni zbliżali się. Pomyślałem, by wyciągnąć nóż, ale zobaczyłem rękojeść dziewiątki za pasem jednego z nich. Zbliżyli się na odległość kilku kroków, spluwając na chodnik i pociągając resztki browca. Ich oddech śmierdział piwskiem, chipsami i wypalonym ziołem. Ale najgorsze były ich oczy. Tak pełne pogardy…

- No co, czarnuchu? Gdzie twoje kolory, gnoju? Do kogo należysz?

Czy przyjęliby wytłumaczenie, że do nikogo nie należę? Że po prostu zmierzałem do szkoły, bo chcę być w przyszłości kimś? Że nie chcę zgnić w pieprzonym Compton? Że próbuję być w tym zwariowanym mieście po prostu dobrym dzieciakiem?

Tak z grubsza mógłbym spróbować opisać zarys konceptu wyjściowego Kendricka. „GKMC” to jego własna historia, historia młodego chłopaka wychowującego się w piekle jednego z najbardziej niebezpiecznych miast w Stanach. Co ma zrobić ktoś, kto chce być „good kid” w tak „m.A.A.d city”? Bohater historii, K.Dot, zanurza się bez reszty w tym zabójczym świecie – poznaje piękną dziewczynę (opisuje to w otwierającym płytę „Sherane”), razem z ziomkami szaleje po mieście, freestyle’ując, paląc zioło, obrabiając nawet czyjeś mieszkanie („Backseat Freestyle”, „The Art of Peer Pressure”), zalewa się w trupa na imprezie („Swimming Pools”)…  Jak każdy nastolatek, marzy o kobietach, władzy i obrzydliwym bogactwie („Money Trees”)… Jednak zadaje sobie też pytanie – czy to tak ma wyglądać życie? Czy to w ogóle jestem ja? Czy to nie jest tylko sposób na zamaskowanie mego bólu? Czemu tak zmieniam się, gdy jestem z ziomkami? Dlaczego nikt nie dał mi wyboru, nie spytał, czy chcę uczestniczyć w takim życiu? Dlaczego nie jest poprawną odpowiedzią stwierdzenie, że nie należę ani do Cripsów, ani do Bloodsów?

Nie zamierzam zdradzać, jak historia Kendricka się toczy. Napiszę tylko, ż e pewne zdarzenie prowadzi do tragedii, która zmienia naszego bohatera… To zaskakująco gorzka i smutna historia, ale jakże ludzka i zrozumiała. Koncept i jego wykonanie jest najmocniejszym punktem tego albumu. Nie da się ukryć – „GKMC” nie słucha się dla bitów czy techniki rapera, tylko dla tekstów. Każde słowo, każdy wers ma znaczenie. Znakomite skity  dodatkowo wzbogacają wrażenie „filmowości” (wszak „GKMC” to „a short film by Kendrick Lamar”).

Kendrick jest wyśmienitym tekściarzem, potrafiącym wczuć się słuchaczom w przeżywane przezeń emocje. Już na poprzednich materiałach, „Section.80” czy „Overly Dedicated”, K.Dot pokazał, że jest znakomity w storytellingu, jak również jest wnikliwym obserwatorem rzeczywistości. Zakreślony koncept wzbogacił w niezwykłą ilość głębokich przemyśleń na temat m.in. materializmu, roli religii w życiu człowieka, a nawet rap-biznesu. Lecz rzecz najważniejsza (czy na pewno?), czyli ewolucja K.Dota z zagubionego nastolatka w mężczyznę nie została zlekceważona - została opisana drobiazgowo i „z pazurem”. Uważni słuchacze wychwycą także multum nawiązań i zgrabnych metafor (zwłaszcza w utworze „Poetic Justice”). 

Technicznie natomiast Kendrick stoi na wysokim poziomie, lecz nie doskonałym. Ma zgrabne flow i wyczucie rytmu, jednak niekiedy dziwacznie moduluje głos (np. w refrenach „Bitch don’t Kill My Vibe” czy „Real”), czasem rymuje zbyt jednostajnie (jak w „The Art of Peer Pressure), zdarza mu się też „za bardzo” rymować pod bit („I’m Dying of Thirst”) i udawać osobiście znienawidzonego przeze mnie Kanyego Westa w „Backseat Freestyle”. 

Napisałem tyle o historii, spójrzmy więc, jaką ilustrację muzyczną Kendrick wybrał do akompaniamentu. Do pomocy zaangażował znanych, utalentowanych producentów, takich jak Hit-Boy, Pharrell, Scoop DeVille i Just Blaze. Co ciekawe, Dr.Dre nie pojawia się ani razu w roli producenta, jedynie w kawałku „Compton” staje za mikrofonem, by wraz z K.Dotem zarapować soczysty joint, silnie kojarzący się z legendarnym „California Love” 2Paca. Produkcja generalnie jakby odsuwa się na dalszy plan, pozwalając rządzić gospodarzowi. To nie szkodzi jednak jej poziomowi, który jest bardzo wysoki. Mamy tu bardzo bujające, rytmiczne bity, z mocno kalifornijskim vibe’em (Np. w - nomen omen - „Bitch Don’t Kill My Vibe” czy „Compton”), przeważają jednak klasyczne, „miękkie”, wolne kawałki, fenomenalne do refleksyjnego rapu Lamara (najlepszy przykład – „Sing About Me, I’m Dying of Thirst”). Nie mogę nie wspomnieć także o znakomitym „M.A.A.d City”, rewelacyjnie oddającym klimat niebezpiecznych ulic – po mocno southowej pierwszej połowie tracku następuje żywy, pędzący na łeb na szyję, mocny bit – dodajmy do tego histeryczną nawijkę Kendricka i udział samego MC Eihta i mamy mistrzostwo świata. Godne uwagi jest także singlowe „Swimming Pools (Drank)” – kawałek o niebezpieczeństwach uzależnienia od alkoholu na mesmeryzującym, wolnym bicie – fantastyczna rzecz.

Właśnie, goście. Ich mamy tu mało – wspomniani Dr.Dre, MC Eiht, obok nich kumpel Kendricka z kolektywu Black Hippy Jay Rock (znakomita zwrotka w „Money Trees”) oraz Drake, który wyraźnie jednak odstaje od gospodarza tekstowo w „Poetic Justice”. Last but not least – kobiecy głos w różnych utworach albumu należy do Anny Wise z zespołu Sonnymoon. W większości jest ona dobrym wsparciem dla Kendricka, jednak wrażenie psuje jej refren w kawałku „Real” – jest jakby zbyt „przesłodzony”, zdecydowanie lepiej sprawiłby się z mocniejszym kobiecym wokalem. 

Podsumowując, „najbardziej oczekiwany debiut od czasów Illmatica” nie zawodzi. Choć może być zaskoczeniem dla wielu oczekujących czego innego od mainstreamowego debiutu,  jest znakomitym, inteligentnym albumem od utalentowanego MC, łączącym w sobie świetną historię z rewelacyjną produkcją i nie pozbawionym westcoastowego klimatu.  Każdy fan hip-hopu powinien choć raz posłuchać „Good kid, M.A.A.d City”, a zaraz potem – czym prędzej sprawdzić poprzednie materiały Kendricka, bo absolutnie warto. Mocna 5 z plusem.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza